
24 kwietnia 2026
Pewnego dnia odwiedził nas absolwent naszego liceum, mężczyzna w średnim wieku, elegancki i bardzo miły. Zapytał, czy przyjmiemy do biblioteki 46-tomową Wielką Ilustrowaną Encyklopedję Powszechną krakowskiego Wydawnictwa „Gutenberg”. Był to dobrze zachowany przedruk dzieła, wydany w latach dziewięćdziesiątych XX wieku – zbiór niekoniecznie cenny, ale dla młodzieży mający wartość poznawczą, a dla właściciela – sentymentalną.
Mężczyzna wyznał bowiem, że te egzemplarze nie będą mu już potrzebne, jednak nie chciałby oddać ich byle gdzie; tym bardziej nie wyobraża sobie, by miał je wyrzucić. Tu, w jego dawnej szkole, mogłyby znaleźć bezpieczne miejsce, on sam zaś miałby świadomość, że pozostawił po sobie coś ważnego. Podczas rozmowy mężczyzna spacerował po pomieszczeniach biblioteki i uważnie się rozglądał, jakby chcąc się upewnić, że jego książki będą tu pasować i że będą dobrze traktowane.
I stało się – 46 ciemnozielonych grzbietów ze złotymi literami połyskuje dziś na najwyższej półce w dziale Encyklopedie, z sygnaturą 0/9(03). Książki są bezpieczne, pasują tu doskonale i traktujemy je dobrze. Nie mają może zbyt wielu czytelników, zdarza się jednak, że przyciągną wzrok.
Słyszę wtedy, jak właśnie z tej półki czyjaś ręka nieśmiało wysuwa egzemplarz, dotyka zielonej chropowatej okładki i przewraca strony, zatrzymując się na wybranym haśle. Nie podchodzę wtedy do ucznia. Nie opowiadam mu historii tej książki ani dlaczego jest wartościowa. Pozwalam mu odbywać to milczące spotkanie w ciszy, intymności i bez zbędnego komentarza.
Bo może już nigdy potem uczeń ten nie sięgnie po tom encyklopedii. A w tym momencie ma go w ręku. I nikt mu tej chwili już nie odbierze. I to się liczy.
Co o tym myślisz?